fbpx

Najpierw diagnoza, potem leczenie

Dzięki napro­tech­no­logii jesteśmy dużą i szczę­śliwą rodziną – mówią Anna i Maciej. Ich droga do szczęścia nie była jednak łatwa.

Dziś są rodzicami 15-letniej córki i dwóch synów: starszy ma 8 lat, a młodszy 6. Jak prze­konują, nigdy nie zapo­biegali poczęciu i nie odkładali dziecka na później. Na speł­nienie marzenia przyszło im jednak czekać prawie dwa lata. – Nie zasta­na­wia­liśmy się, dla­czego. Stwier­dzi­liśmy tylko, że „Ktoś na górze” tak sobie obmyślił. Gdy zosta­liśmy rodzicami ślicznej córeczki, byliśmy naj­szczę­śliwsi na świecie – wspo­minają.

Coś było nie tak

Nie chcieli więc czekać na drugie dziecko. Nie­stety – mijały mie­siące i lata, a sta­rania nie przy­nosiły efektu. Tłu­ma­czyli to sobie na różne sposoby… Po trzech latach zro­zu­mieli, że jednak coś jest nie tak. Poszli do gine­kologa, który pro­wadził pierwszą ciążę Ani. Byli prze­konani, iż jest dobrym fachowcem.

– Prze­badał mnie, zlecił pod­stawowe badania ana­li­tyczne i stwierdził, że nic złego nie widzi – poza nad­żerką, którą można wyleczyć far­ma­ko­lo­gicznie. Uznał też, że do roku powin­niśmy zostać rodzicami. Tak się nie stało – opo­wiada Ania.

Po roku lekarz stwierdził, że trzeba „zadziałać”. Ani zlecił wyko­nanie badań hor­mo­nalnych, zaś jej mężowi – badanie nasienia.

– Maciej prze­łamał wewnętrzne opory i poszedł na to badanie. Jego wyniki wska­zywały, że wszystko było w normie, ale po moim badaniu USG lekarz stwierdził, że praw­do­po­dobnie przy­czyną pro­blemu są zabu­rzenia owu­lacji – dodaje Anna.

Z gabinetu wyszli z receptą na lek wspo­ma­gający jajecz­ko­wanie i zapew­nieniem, że „to się zdarza”, więc nie trzeba się martwić. Po dwóch mie­siącach poprawy nie było. Było za to echo w jaj­nikach, a lekarz stwierdził, że szanse na zajście w ciążę w natu­ralny sposób są nikłe, dlatego roz­wią­zaniem mogłaby być inse­mi­nacja lub in vitro. – Ze spusz­czonymi głowami i bez słowa wyszliśmy z gabinetu. Nie drą­ży­liśmy tematu metod sztucznego zapłod­nienia, ponieważ było to dla nas nie do zaak­cep­to­wania – pod­kreśla Maciej.

Trzymaliśmy się zasad

Posta­nowili zmienić lekarza. Pozy­tywne opinie w inter­necie skie­rowały ich do pani gine­kolog spe­cja­li­zu­jącej się w leczeniu nie­płod­ności.

Ania: – Umó­wiłam się na wizytę, która wypadała w połowie cyklu. Zapo­wiadało się obie­cująco – nowo­czesny gabinet, ściany wyłożone cer­ty­fi­katami i dyplomami, miłe przy­jęcie i wyczer­pujący wywiad (jak się nam wtedy wydawało).

Podczas badania USG był widoczny pęcherzyk, jednak bez jajeczka. Była też widoczna nad­żerka, która mogła być prze­szkodą w zajściu w ciążę. Ania dostała więc receptę na ten sam lek, co poprzednio, oraz glo­bulki, dzięki którym wyle­czona miała zostać nad­żerka. Po trzech mie­siącach kuracji poprawy nie było, a dia­gnoza była jed­no­znaczna: nie­płodność wtórna o nie­wy­ja­śnionej przy­czynie. – Dla lekarki nie był to powód do zmar­twienia, ponieważ ist­nieją inse­mi­nacja lub in vitro. Na pytanie, czy w XXI w. naprawdę nie można leczyć nie­płod­ności far­ma­ko­lo­gicznie, odpo­wiedź była nega­tywna – mówi Maciej.

Dostali więc namiary do kliniki, w której można znaleźć pomoc i w której pani doktor pra­cowała. – Na szczęście ciągle trzy­ma­liśmy się naszych prze­konań i odrzu­ci­liśmy sztuczne metody. Choć potrafimy zro­zumieć te pary, które w akcie despe­racji decydują się na nie. I wcale ich w ten sposób nie uspra­wie­dli­wiamy – zastrzegają mał­żon­kowie.

Wtedy już bowiem pytali siebie i Pana Boga, dla­czego tak się dzieje i zasta­na­wiali się, co jeszcze mogą zrobić. – Nasze serca chciały pęknąć, kiedy córka pytana o wyma­rzony prezent odpo­wiadała: „Chcia­łabym bra­ciszka albo sio­strzyczkę!”. Posta­no­wiłam więc szukać innego sposobu na poczęcie dziecka, a mąż zaczął się godzić z tym, że jak Bóg zmieni zdanie, to wydarzy się cud. Jednego byliśmy pewni – wie­dzie­liśmy, że nie poddamy się zabiegowi in vitro – prze­konują.

W końcu trafili na artykuł o napro­tech­no­logii. W pierwszej chwili wydawało im się, że chodzi o super­no­wo­czesne nano­tech­no­logie, ale okazało się, że chodzi o leczenie nie­płod­ności oparte o natu­ralne sposoby wyzna­czania momentu owu­lacji. Para poznaje tzw. model Cre­ighton, który jest narzę­dziem słu­żącym do bardzo pre­cy­zyjnego opisu zmian zacho­dzących w kobiecym orga­nizmie. Obser­wacje kobiecego cyklu łączy się m.in. z bada­niami bio­che­micznymi i ultra­so­no­gra­ficznymi. Kiedy to konieczne, lekarz napro­tech­nolog zaleca far­ma­ko­te­rapię lub leczenie zabiegowe np. z zasto­so­waniem mikro­chi­rurgii i tech­no­logii lase­rowej. Co ważne, napro­tech­no­logia bada także płodność męż­czyzny. Takie podejście umoż­liwia pre­cy­zyjne wska­zanie przy­czyny nie­płod­ności i wyeli­mi­no­wanie jej dzięki zasto­so­waniu indy­wi­du­alnie dobranego postę­po­wania. Im więcej Ania i Maciej o tym czytali, tym bar­dziej utwier­dzali się w prze­ko­naniu, że to może być strzał w dzie­siątkę.

Pojawiła się nadzieja

– Skon­tak­to­wałam się z miesz­kającą naj­bliżej nas instruk­torką modelu Cre­ightona. Mie­liśmy trochę obaw, czy ktoś nie chce wyciągać pie­niędzy żerując na uczu­ciach ludzi gotowych łapać się każdej alter­natywy. Nie mie­liśmy jednak nic do stra­cenia i umó­wi­liśmy się na pierwsze spo­tkanie – wszak zawsze można było zre­zy­gnować z kolejnych – uśmiecha się Ania.

Nie zre­zy­gnowali, a na kolejnych spo­tka­niach spraw­dzana była poprawność sto­so­wania metody i prze­ka­zywane były wska­zówki na przy­szłość. Ania i Maciej byli coraz bar­dziej nasta­wieni na sukces, a oprócz pro­wa­dzenia obser­wacji cały czas modlili się o dziecko. Od sióstr domi­ni­kanek dostali nawet pasek św. Dominika.

Po dwóch mie­siącach mogli umówić się na wizytę z lekarzem, do którego skie­rowała ich pani instruktor. Był marzec. Maciej: – Doktor dokładnie ana­li­zował nasze wyniki i kartę obser­wacji, prze­pro­wadził wni­kliwy wywiad na temat dotych­cza­sowej terapii, sto­so­wanych leków i wszelkich schorzeń w naszej rodzinie.

Wszystkio zapi­sywał. W końcu przed­stawił poten­cjalne ścieżki terapii i prze­wi­dywane ramy czasowe. Po wyjściu z gabinetu mał­żon­kowie czuli, że ten człowiek myśli inaczej, niż inni, bo chce zdia­gno­zować przy­czynę pro­blemów i ją wyleczyć.

Od tej chwili Ania musiała co kilka dni przy­jeżdżać na moni­toring cyklu, który potwierdził zabu­rzenia jajecz­ko­wania. Na pod­stawie karty obser­wacji i wyników USG lekarz dobrał leki, które kazał zażywać w okre­ślonym dniu cyklu. – Karta obser­wacji zaczęła szaleć – dotych­czasowe cykle robiły się na przemian dłuższe i krótsze. Leki działały dokładnie tak, jak prze­wi­dywał doktor. Na badania jeź­dziłam jeszcze przez kolejne mie­siące – opo­wiada. Na szczęście koszty podróży i leczenia były mniejsze, niż można było przy­puszczać. – We wrześniu mój cykl znacznie się wydłużył. Zro­biłam test ciążowy, który wskazał dwie kreski! Ciążę potwier­dziło USG. Radości nie było końca, ale był też strach, czy wszystko się powiedzie – przy­znaje Ania.

Syna uro­dziła dwa dni przed ter­minem, a poród trwał niecałe dwie godziny. – Dziś, tuląc go w ramionach, jesteśmy wdzięczni Bogu i wszystkim, którzy pomogli nam wydać go na świat. Trzeba wierzyć, że się uda, bo wiara czyni cuda! Nasz synek jest na to dowodem, a dwa lata później znów zosta­liśmy rodzicami. Dzięki napro­tech­no­logii jesteśmy dużą i szczę­śliwą rodziną. Pan Bóg dał nam więcej niż ocze­ki­wa­liśmy! – zapew­niają Ania i Maciej.

Ulotka do pobrania i roz­po­wszech­niania: Naj­pierw dia­gnoza, potem leczenie

Może zainteresują Cię także inne poruszane przez nas zagadnienia?

%d bloggers like this: