fbpx

Nie myślę o swoich ograniczeniach

Żyję tak, jak chcę. Robię to, co lubię – mówi Alek­sandra Zie­lińska w roz­mowie o szczęściu, nie­peł­no­spraw­ności i pod­no­szeniu cię­żarów.

Uro­dziła się Pani z prze­pu­kliną oponowo-rdze­niową (roz­szczep krę­go­słupa). Jak to wpływa na Pani życie?

– Przede wszystkim tak, że jeżdżę na wózku inwa­lidzkim. Krótkie dystanse mogę poko­nywać na nogach, ale przez zwich­nięte stawy bio­drowe mój chód jest tzw. kacz­kowaty, czyli dziwny i bardzo męczący. Ciężko jest mi chodzić po schodach. To duże utrud­nienie, bo mało budynków jest dosto­so­wanych do potrzeb osób nie­peł­no­sprawnych. Moja choroba objawia się też wizu­alnie. Jak każda kobieta chcia­łabym mieć fajną figurę i ładnie wyglądać, a nie zawsze jest to możliwe, gdy się jeździ na wózku. Staram się jednak ubierać kobieco, żeby pokazać, że moja nie­peł­no­sprawność mi nie prze­szkadza.

Czy miała Pani trud­ności z zaak­cep­to­waniem swojej choroby?

– Towa­rzyszy mi ona od zawsze. Dora­stałam z nią. Nie znam innego życia. Był jednak etap jakiejś nie­zgody. Myślałam: „Dla­czego ja? Dla­czego kilka uszko­dzonych nerwów tak bardzo wpływa na moje życie?”. Szcze­gólnie w okresie dora­stania, w liceum i na początku studiów, czułam się gorsza. Teraz doj­rzałam i moja nie­peł­no­sprawność już tak bardzo mi nie prze­szkadza. Nauczyłam się, że pewne rzeczy można obejść i że to nie jest tak, że każdy ma wszystko, a jeżeli się czegoś nie ma, to można pró­bować to sobie jakoś zastąpić.

Czy to właśnie z uwagi na swoje prze­życia w okresie dora­stania została Pani psy­cho­logiem?

– Nie. Zawsze bardzo chciałam pra­cować z ludźmi i robić coś, co poma­gałoby im w codziennym życiu. Chciałam każdego dnia widzieć efekty swojej pracy. Posta­no­wiłam zostać lekarzem. Jednak mój tata, lekarz, powie­dział mi, że nie tędy droga, bo w medy­cynie często trzeba kon­cen­trować się na przy­padku cho­ro­bowym np. chorej nerce. Wyjaśnił, że psy­cho­logia bar­dziej odpo­wia­dałaby moim pra­gnieniom. Zbiegło się to w czasie z maturą i nauką chemii, której nie umiałam prze­skoczyć. Posta­wiłam na psy­cho­logię i nie żałuję tego wyboru.

Chciała Pani pomagać nie­peł­no­sprawnym osobom?

– Abso­lutnie nie. Wszyscy myśleli, że na pewno tak jest, ale ja marzyłam o pracy z osobami chorymi na depresję. Obecnie pracuję z osobami z autyzmem i nie­peł­no­sprawnymi inte­lek­tu­alnie. Bardzo lubię swoją pracę, choć spe­cja­li­zację wybrałam przez przy­padek – to odkrycie z końca moich studiów. W ramach zajęć z analizy zacho­wania poszliśmy do szkoły spe­cjalnej, w której uczyły się dzieci i mło­dzież z autyzmem. Idąc tam, jęczałam w duchu, a… zako­chałam się.

W czym?

– W tym miejscu, ludziach, którzy tam pracują i przede wszystkim w uczniach, którzy okazali się fan­ta­styczni. Zupełnie zmienili moje myślenie o autyzmie i nie­peł­no­spraw­ności inte­lek­tu­alnej. Przez kolejny rok powta­rzałam, że bardzo bym chciała tam pra­cować. Zostałam wolon­ta­riuszką w tej szkole i udało się. Zaraz po stu­diach zna­lazłam tam pracę.

Jest Pani psy­cho­logiem, spor­towcem i stu­diuje Pani pody­plomowo. Czy ist­nieją dla Pani jakie­kolwiek ogra­ni­czenia?

– Nie zasta­nawiam się nad tym. Na co dzień staram się je wszystkie obchodzić. Mam podobny sposób bycia jak król Julian z filmu „Mada­gaskar”, który mawiał: „Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”. Wiele rzeczy robię w myśl tej zasady. Często zanim zacznę się zasta­nawiać nad tym, czy w ogóle dam radę, już jestem w połowie dzia­łania. To dobra technika. Nie myślę o swoich ogra­ni­cze­niach, więc lepiej mi się żyje.

Dla­czego zaczęła Pani tre­nować wyci­skanie sztangi w leżeniu?

– W wieku 14 lat zaczęłam chodzić na siłownię w ramach reha­bi­li­tacji. Na środku sali stała ławka do ćwiczeń. Zain­te­re­sowała mnie, zasta­na­wiałam się, do czego służy. Tata pokazał mi, jak na niej ćwiczyć. Początkowo pod­no­siłam samą sztangę, ale potem stop­niowo dokła­dałam kolejne ciężary. W wieku 15 lat pod­no­siłam 50 kg. Wcią­gnęło mnie to. Gdy miałam 18 lat, trener zabrał mnie na Puchar Polski. Pod­no­siłam wtedy około 80 kg, ale nie zdo­byłam dobrego miejsca. Kilka mie­sięcy później były mistrzostwa Polski do lat 18 w wyci­skaniu. Poje­chałam na nie z myślą, że ostatni raz biorę udział w zawodach. Wygrałam. Wtedy zro­dziła się moja miłość do tego sportu.

Nie uważa Pani, że to typowo męska dys­cy­plina?

– Coś w tym jest. Na zawody w Polsce przy­jeżdża około 40 kobiet, a męż­czyzn ponad 100, ale to ste­reotyp, że kobiety upra­wiające ten sport wyglądają jak babo­chłopy. Poznałam wiele zawod­niczek. Wiele z nich jest bardzo ładnych i dziew­częcych. Kiedyś jeden kolega powie­dział mi, że chociaż wyciskam więcej niż nie­jeden męż­czyzna, to jestem bardzo kobieca. Tego się trzymam.

Jest Pani wie­lo­letnią rekor­dzistką i mistrzynią Polski. Lubi Pani rywa­li­zację?

– Tak, ale waż­niejsze od niej jest dla mnie poko­ny­wanie siebie. Zda­rzyło mi się wygrać zawody i popłakać się, że poszło mi fatalnie.

Dla­czego Pani płakała?

– To były mistrzostwa Polski. Na tre­ningach wyci­skałam około 140 kg (w spe­cjalnym sprzęcie, który pomaga w pod­no­szeniu takich cię­żarów). Na zawodach w pierwszym podejściu z trzech zro­biłam 120 kg, ale miałam kon­tuzję i nie zali­czyłam więcej podejść. To mnie dobiło. Miałam nie­dosyt, bo wie­działam, że stać mnie na więcej.

Czy bycie psy­cho­logiem pomaga Pani w sporcie?

– Łatwiej komuś coś wytłu­maczyć, niż samemu sobie prze­gadać pewne rzeczy. Często emocje biorą u mnie górę. Naj­lepiej mi się wyciska sztangę w leżeniu, jeśli nie wiem, jaki ciężar pod­noszę, a jeszcze lepiej, jeśli myślę, że mam mniej niż jest w rze­czy­wi­stości. W tym sporcie wiele zależy od psy­chiki. Mam piętno dru­giego lub trze­ciego podejścia (w wyci­skaniu sztangi są trzy próby). Gdy mam już dwa zali­czone, to często spinam się i nie zaliczam ostat­niego, więc kiedyś cie­szyłam się z czwartego miejsca, bo wygrałam sama ze sobą i zali­czyłam trzy podejścia. To były jedne z lep­szych zawodów dla mnie. Ten sport pojmuję jako dążenie do tego, żeby wyniki były coraz lepsze, żebym była sil­niejsza i żebym wygrywała sama ze sobą. Staram się wyciskać lepiej niż potrafię, a każdy wynik lepszy od poprzed­niego roz­pa­truję jako mój własny rekord.

Mam podobny sposób bycia jak król Julian z filmu Mada­gaskar: „Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”. Często zanim zacznę się zasta­nawiać nad tym, czy w ogóle dam radę, już jestem w połowie dzia­łania. To dobra technika.

Spełnia się Pani w swoim życiu?

– Tak. Żyję tak, jak chcę. Robię to, co lubię. Ostatnio wró­ciłam do nauki łaciny. Czerpię przy­jemność z uczenia się i obco­wania z tym językiem. Przy nim zapo­minam o całym świecie.

Czy szczęście zależy od spraw­ności fizycznej?

– Trzeba by zde­fi­niować, co ta „sprawność” oznacza. Czy trzeba biegać jak Usain Bolt, pływać jak Michael Phelps lub brać na klatę tyle, ile Mariusz Pudzia­nowski? Sprawność fizyczna nie idzie w parze ze szczę­ściem. Są ludzie, którzy są cho­dzącym szczę­ściem, choć są nie­peł­no­sprawni. Przy­kładem jest Nick Vujicic. Krót­ko­me­trażowy film z jego udziałem pt. „Cyrk motyli” pomógł mi, gdy miałam pro­blemy z niskim poczuciem własnej war­tości.

Co by Pani powie­działa osobom, które popierają aborcję euge­niczną?

– Jestem za tym, by była prawnie zakazana. Bycie czło­wiekiem nie­peł­no­sprawnym nie wyklucza bycia szczę­śliwym. Nikt z nas nie wie, co go czeka i jaka choroba na niego kiedyś spadnie. Nie da się uniknąć cierpień i trud­ności w życiu. Trzeba im stawiać czoła. Chorych się leczy, a nie zabija.

 

Agata Gołda

Może zainteresują Cię także inne poruszane przez nas zagadnienia?

%d bloggers like this: