Tylko życie ma przyszłość!
dr inż. Antoni Zięba

Ważne, by nie zmarnować życia

Adam Kisiel
Adam Kisiel

– W cią­gu po­nad czter­dzie­stu pię­ciu lat po­przez mo­dli­twę i dzia­ła­nia edu­ka­cyj­ne w in­ten­cji obro­ny ży­cia po­czę­tych dzie­ci, dzię­ki po­mo­cy Bo­żej i wie­lu lu­dzi, zwłasz­cza ka­pła­nów, do­tar­li­śmy do wie­lu mi­lio­nów lu­dzi w Pol­sce i na świe­cie – mó­wi dr inż. Adam Ki­siel, te­go­rocz­ny lau­re­at Na­gro­dy „Przy­ja­ciel Życia”.

Kie­dy po­wsta­wa­ło dzie­ło Kru­cja­ty Mo­dli­twy w Obro­nie Po­czę­tych Dzie­ci, był Pan mło­dym męż­czy­zną. Dla­cze­go pod­jął Pan de­cy­zję o tym, by za­an­ga­żo­wać się w ruch pro-life?

Dr inż. Adam Ki­siel: Dla­cze­go? Bo mia­łem du­żo szczę­ścia. Tak to dzi­siaj od­bie­ram. Po­czą­tek mo­jej dzia­łal­no­ści był cza­sem du­żej du­cho­wej prze­mia­ny na­sze­go na­ro­du, na co głów­ny wpływ miał wy­bór kar­dy­na­ła Ka­ro­la Woj­ty­ły na Sto­li­cę Pio­tro­wą i je­go pierw­sza piel­grzym­ka do ojczyzny.

Czy war­to­ści obro­ny ży­cia od po­czę­cia wy­niósł Pan z domu?

Nie­wąt­pli­wie. Mia­łem sze­ścio­ro ro­dzeń­stwa, miesz­ka­li­śmy w skrom­nych wa­run­kach, ale by­li­śmy wy­cho­wy­wa­ni w sza­cun­ku do wia­ry ka­to­lic­kiej i do dru­gie­go czło­wie­ka. Ma­ma za­wsze my­śla­ła o in­nych. Przez pe­wien czas po woj­nie miesz­kał u nas osie­ro­co­ny chło­piec, a tak­że bied­niej­si od nas ku­zy­ni. Mi­mo te­go, że mie­li­śmy je­den po­kój, kuch­nię i przed­sio­nek, nie bra­ko­wa­ło nam te­go, co naj­waż­niej­sze, czy­li mi­ło­ści i do­brych wzorców.

Tyl­ko nad­mie­nię, że wszy­scy, a by­ła nas piąt­ka bra­ci, by­li­śmy mi­ni­stran­ta­mi. Tę po­słu­gę przy oł­ta­rzu kon­ty­nu­owa­łem na stu­diach, a na­wet póź­niej. Dziś tak­że zda­rza się, że peł­nię ro­lę mi­ni­stran­ta, je­śli jest ta­ka po­trze­ba. Je­stem prze­ko­na­ny, że wia­rę wy­mo­dli­ła nam ma­ma. Pa­mię­tam, że wie­czo­ra­mi, po ca­łym dniu cięż­kiej pra­cy, klę­ka­ła przy łóż­ku do mo­dli­twy. To świa­dec­two jej wia­ry i za­ufa­nia Pa­nu Bo­gu by­ło za­sad­ni­cze w kształ­to­wa­niu po­staw w na­szym do­ro­słym życiu.

W jed­nym z nie­daw­nych wy­wia­dów mó­wił Pan o tym, że Pań­ska ma­ma by­ła na­kła­nia­na do aborcji.

Mia­łem nie­speł­na trzy­na­ście lat, kie­dy mo­ja ma­ma by­ła w siód­mej cią­ży. Wte­dy do na­sze­go do­mu przy­cho­dzi­li róż­ni lu­dzie, któ­rzy mó­wi­li ma­mie, że ten „pro­blem” moż­na „roz­wią­zać”. Oczy­wi­ście wa­run­ki nie by­ły ła­twe, ale ro­dzi­ce nie bra­li abor­cji pod uwa­gę. W dniu, w któ­rym ma­ma mia­ła udać się do le­ka­rza na ba­da­nia, do jej płasz­cza przy­cze­pi­łem kart­kę z na­pi­sem, że chce­my mieć ro­dzeń­stwo i że bę­dzie­my ma­mie po­ma­gać. To był na­tu­ral­ny od­ruch, choć wte­dy jesz­cze nie do koń­ca zda­wa­łem so­bie spra­wę z te­go, jak w za­sa­dzie wy­glą­da abor­cja. Dziś nasz naj­młod­szy brat jest szczę­śli­wym oj­cem czwór­ki dzie­ci, bar­dzo ak­tyw­ny, od­wie­dza nas i wspo­ma­ga na róż­ne spo­so­by. Ma naj­wię­cej si­ły i zdro­wia, przy­kła­dem swo­jej ro­dzi­ny da­je świa­dec­two wiary.

W la­tach sześć­dzie­sią­tych abor­cja w Pol­sce by­ła le­gal­na i po­wszech­na. Czy w tam­tym cza­sie spo­ty­kał Pan oso­by, któ­re do­ko­na­ły aborcji?

O tym, jak po­wszech­ne by­ło to zja­wi­sko, opo­wia­da­ła mi mię­dzy in­ny­mi mo­ja cio­cia. Kie­dy by­łem na stu­diach i po­dej­mo­wa­łem pierw­sze dzia­ła­nia na rzecz obro­ny ży­cia po­czę­tych dzie­ci, od­by­łem z nią wstrzą­sa­ją­cą roz­mo­wę. Otóż przez pe­wien czas pra­co­wa­ła ja­ko po­moc do­mo­wa u le­ka­rza la­ryn­go­lo­ga. Wy­zna­ła mi, że wła­śnie ów la­ryn­go­log (sic!) wy­ko­ny­wał, jak to się mó­wi­ło, „skro­ban­ki” w swo­im do­mu. A mo­ja cio­cia mu­sia­ła zwło­ki dzie­ci wy­rzu­cać do ubi­ka­cji. Oczy­wi­ście abor­cji do­ko­ny­wa­no tak­że w szpi­ta­lach i w pań­stwo­wych ga­bi­ne­tach. Nie­któ­rzy wo­le­li uda­wać, że o ni­czym nie wie­dzą, ale nie­ste­ty – trud­no by­ło­by zna­leźć oso­bę, któ­ra w swo­im bliż­szym lub dal­szym oto­cze­niu nie ze­tknę­ła się z pro­ce­de­rem za­bi­ja­nia po­czę­tych dzieci.

W Kra­ko­wie do­łą­czył Pan do dusz­pa­ster­stwa aka­de­mic­kie­go przy ko­le­gia­cie świę­tej An­ny i tam po­znał in­nych lu­dzi, któ­rym nie by­ła obo­jęt­na obro­na ży­cia poczętego.

To praw­da, że w dusz­pa­ster­stwie na ten te­mat mó­wi­ło się du­żo. Nasz dusz­pa­sterz, ksiądz Fran­ci­szek Płon­ka, był wy­róż­nia­ją­cym się, Bo­żym ka­pła­nem, któ­ry nie bał się po­ru­szać trud­nych te­ma­tów. Uczył nas wy­trwa­łej mo­dli­twy, for­mo­wał na­sze su­mie­nia i dbał o nasz du­cho­wy roz­wój. Jeź­dził z na­mi na ka­ja­ki, na obo­zy, na gór­skie wy­pra­wy. Te wy­da­rze­nia bez­po­śred­nio przy­go­to­wa­ły nas na to, co mia­ło na­stą­pić w na­szej Oj­czyź­nie – na du­cho­wą prze­mia­nę na­ro­du, po­ru­sze­nie, któ­re by­ło spo­wo­do­wa­ne wy­bo­rem kar­dy­na­ła Ka­ro­la Woj­ty­ły na Sto­li­cę Piotrową.

Oj­ciec Świę­ty był wiel­kim orę­dow­ni­kiem ży­cia poczętego!

I już w cza­sie pierw­szej piel­grzym­ki wzy­wał nas do te­go, by­śmy się za­an­ga­żo­wa­li wła­śnie w obro­nę ży­cia. W czerw­cu 1979 ro­ku w No­wym Tar­gu mó­wił: „I ży­czę, i mo­dlę się o to sta­le, aże­by ro­dzi­na pol­ska da­wa­ła ży­cie, by by­ła wier­na świę­te­mu pra­wu ży­cia. Je­śli się na­ru­szy pra­wo czło­wie­ka do ży­cia w tym mo­men­cie, w któ­rym po­czy­na się on ja­ko czło­wiek pod ser­cem mat­ki, go­dzi się po­śred­nio w ca­ły ład mo­ral­ny, któ­ry słu­ży za­bez­pie­cze­niu nie­na­ru­szal­nych dóbr czło­wie­ka. Ży­cie jest pierw­szym wśród tych dóbr”. A dzień wcze­śniej, w Kal­wa­rii Ze­brzy­dow­skiej po­wie­dział, że naj­waż­niej­szym we­zwa­niem pa­pie­skim, naj­istot­niej­szym orę­dziem, jest we­zwa­nie do mo­dli­twy. Te je­go sło­wa by­ły bez­po­śred­nim im­pul­sem do mo­dli­twy i dzia­łań na rzecz obro­ny życia.

Mógł Pan dzia­łać ra­mię w ra­mię z ta­ki­mi oso­ba­mi jak pa­ni dok­tor Wan­da Pół­taw­ska czy pan in­ży­nier An­to­ni Zię­ba. To wy­jąt­ko­we po­sta­ci, któ­re za­pi­sa­ły się w hi­sto­rii wal­ki o ży­cie nie na­ro­dzo­nych dzieci.

Pa­ni dok­tor Wan­da Pół­taw­ska pro­wa­dzi­ła w tam­tym cza­sie Stu­dium Teo­lo­gii Ro­dzi­ny przy Pa­pie­skim Wy­dzia­le Teo­lo­gicz­nym (póź­niej Pa­pie­skiej Aka­de­mii Teo­lo­gicz­nej), pra­co­wa­ła w Dusz­pa­ster­stwie Ro­dzin dzia­ła­ją­cym przy kra­kow­skiej ku­rii i tam ją po­zna­łem. Z ko­lei in­ży­nie­ra An­to­nie­go Zię­bę po­zna­łem w Po­li­tech­ni­ce Kra­kow­skiej, gdzie był asy­sten­tem w Ka­te­drze Me­cha­ni­ki Bu­dow­li. In­ży­nier Zię­ba po pierw­szej piel­grzym­ce Oj­ca Świę­te­go dał się po­znać ja­ko zręcz­ny or­ga­ni­za­tor i obroń­ca ży­cia. To wła­śnie on przy­wiózł z Wied­nia ko­lo­ro­we zdję­cia du­że­go for­ma­tu, któ­re przed­sta­wia­ły roz­wój pre­na­tal­ny dziec­ka, a tak­że prze­ra­ża­ją­ce zdję­cia szcząt­ków dzie­ci za­bi­tych w ło­nach ma­tek. Gdy mi je po­ka­zał – od ra­zu wie­dzia­łem, że mu­si­my za­cząć dzia­łać. Po­sta­no­wi­li­śmy przy­go­to­wać ta­ką wy­sta­wę wła­śnie w Krakowie.

Gdzie po­ja­wi­ła się pierw­sza wystawa?

Za­de­cy­do­wa­li­śmy, że usta­wi­my ją przy ko­ście­le oj­ców Mi­sjo­na­rzy na Mia­stecz­ku Stu­denc­kim w Kra­ko­wie, bez­po­śred­nio po ju­we­na­liach stu­denc­kich. Wy­bra­li­śmy to miej­sce, po­nie­waż do­wie­dzie­li­śmy się, że w 1979 ro­ku oko­ło dwie­ście stu­den­tek róż­nych kra­kow­skich uczel­ni do­ko­na­ło abor­cji. Cza­sem na­wet nie wie­dzia­ły, kto jest oj­cem ich dziec­ka. Do abor­cji na­ma­wia­ły ko­le­żan­ki, part­ne­rzy, nie­rzad­ko ro­dzi­ce. To by­ła mo­ral­na tra­ge­dia miasta.

Ja­ki był spo­łecz­ny od­biór tej pierw­szej wystawy?

Na­tchnie­niem Bo­żym by­ło to, że przy wy­sta­wie zo­sta­wi­li­śmy du­ży, stu­kart­ko­wy ze­szyt, któ­ry miał być księ­gą pa­miąt­ko­wą. Spo­ro by­ło w nim po pro­stu pod­pi­sów, ale by­ły też ta­kie ad­no­ta­cje, przez któ­re ktoś dzię­ko­wał nam za uka­za­nie praw­dy o ży­ciu po­czę­tym. I co naj­waż­niej­sze, by­ły tam czte­ry wpi­sy ko­biet, stu­den­tek, któ­re po­sta­no­wi­ły uro­dzić dziec­ko, mi­mo że by­ły na­kła­nia­ne do abor­cji. Tę księ­gę po­ka­za­li­śmy póź­niej księ­dzu kar­dy­na­ło­wi Fran­cisz­ko­wi Ma­char­skie­mu, a on za­de­cy­do­wał, że dzie­ło bę­dzie kon­ty­nu­owa­ne. To on też utwier­dził nas w prze­ko­na­niu, że mu­si­my dzia­łać dwu­to­ro­wo: po­przez czyn, ale tak­że po­przez modlitwę.

I tak po­wsta­ła pierw­sza Kru­cja­ta Mo­dli­twy w Obro­nie Po­czę­tych Dzieci.

Ru­szy­li­śmy 12 paź­dzier­ni­ka 1980 ro­ku, w Ogól­no­świa­to­wym Dniu Mo­dlitw w In­ten­cji Ro­dzin, któ­ry usta­no­wił Jan Pa­weł II. Był to też przed­dzień ko­lej­nej rocz­ni­cy ob­ja­wień fa­tim­skich. Wte­dy oprócz mo­dli­twy mie­li­śmy za­miar pi­sa­nia li­stów do osób, za któ­re się mo­dli­li­śmy, ale na wy­sy­ła­nie li­stów nie wy­ra­ził zgo­dy ksiądz kar­dy­nał. Opatrz­no­ścio­wo – bo do­kład­nie czter­na­ście mie­się­cy póź­niej roz­po­czął się w Pol­sce stan wo­jen­ny. Gdy­by­śmy wy­sy­ła­li li­sty, wła­dze ko­mu­ni­stycz­ne mia­ły­by ad­re­sy wszyst­kich człon­ków Kru­cja­ty. To, jak po­ka­za­ła hi­sto­ria, mo­gło­by się skoń­czyć nę­ka­niem, in­ter­no­wa­niem i wszel­ki­mi in­ny­mi re­pre­sja­mi. Pan Bóg nas przed tym ochro­nił. Po­sta­no­wi­li­śmy ob­jąć du­cho­wą tro­ską wszyst­kich, od któ­rych za­le­ża­ły de­cy­zje spo­łecz­ne i po­li­tycz­ne w Pol­sce. Mo­dli­li­śmy się za se­kre­ta­rzy KC, pre­mie­ra, mi­ni­strów, sę­dziów, gi­ne­ko­lo­gów, a tak­że za księ­ży bi­sku­pów i księ­dza pry­ma­sa. Li­sta obej­mo­wa­ła oko­ło trzy ty­sią­ce nazwisk.

Jak ze­bra­li­ście pierw­szych człon­ków te­go mo­dli­tew­ne­go poruszenia?

Jeź­dzi­li­śmy na dzie­siąt­ki spo­tkań z księż­mi, do dusz­pa­sterstw. Za­bie­ra­li­śmy głos w ko­ścio­łach, nie­rzad­ko pod­czas ogło­szeń pa­ra­fial­nych. Uda­ło nam się ze­brać pół­to­ra ty­sią­ca osób, któ­re pod­ję­ły się co­dzien­ne­go uczest­ni­cze­nia we Mszy Świę­tej i ofia­ro­wa­nia Ko­mu­nii Świę­tej w in­ten­cji obro­ny ży­cia oraz po­nad ty­siąc cho­rych, któ­rzy ofia­ro­wa­li swo­je cier­pie­nia w tej in­ten­cji. Pierw­sza Kru­cja­ta trwa­ła trzy miesiące.

Po tym cza­sie po­sta­no­wi­li­ście kon­ty­nu­ować modlitwę.

Ro­zu­mie­li­śmy, że prze­mia­na świa­do­mo­ści spo­łecz­nej i znie­sie­nie pra­wa ze­zwa­la­ją­ce­go na prze­ry­wa­nie cią­ży nie bę­dą ła­twe, że po­trzeb­na bę­dzie wy­trwa­ła mo­dli­twa i wiel­ka pra­ca edu­ka­cyj­na. Zła­go­dzi­li­śmy wy­ma­ga­nia: pro­si­li­śmy o co­dzien­ne od­ma­wia­nie przez ca­ły rok dzie­siąt­ka Ró­żań­ca Świę­te­go, Li­ta­nii Lo­re­tań­skiej, po­dej­mo­wa­nia wy­rze­czeń, a obo­wią­zek uczest­ni­cze­nia we Mszy Świę­tej ogra­ni­czy­li­śmy do jed­ne­go dnia w mie­sią­cu w dzień po­wsze­dni. Ko­lej­ne la­ta Kru­cja­ty roz­po­czy­na­li­śmy przed Cu­dow­nym Ob­ra­zem Mat­ki Bo­żej Czę­sto­chow­skiej pod­czas piel­grzy­mek na Ja­sną Gó­rę, naj­pierw 3 ma­ja, a po kil­ku la­tach w Dzień Świę­to­ści Ży­cia – w so­bo­tę po­prze­dza­ją­cą uro­czy­stość Zwia­sto­wa­nia Pańskiego.

Dzie­ło Kru­cja­ty się roz­wi­ja­ło, zmie­nia­ły się tak­że wa­run­ki do­łą­cze­nia do te­go ru­chu, jed­nak nie zmie­ni­ło się jed­no – idea du­cho­wej tro­ski o ży­cie po­czę­te, a za­gro­żo­ne abor­cją. Ile osób na prze­strze­ni tych po­nad czter­dzie­stu pię­ciu lat do­łą­czy­ło do Krucjaty?

Na pew­no mo­że­my mó­wić o stu ty­sią­cach Uczest­ni­ków Kru­cja­ty. Pod­kre­ślić jed­nak na­le­ży, że te sza­cun­ki są nie­peł­ne, po­nie­waż nie każ­dy, kto mo­dlił się w in­ten­cjach Kru­cja­ty, for­mal­nie zgła­szał swój udział or­ga­ni­za­to­rom. Nie­rzad­ko na przy­kład ca­łe kla­sy uczniów szkół śred­nich, wie­dzio­ne do­brym przy­kła­dem na­uczy­cie­la, po­sta­na­wia­ły pod­jąć mo­dli­twę w in­ten­cjach Krucjaty.

Czy by­ły ta­kie mo­men­ty w Pa­na służ­bie na rzecz obro­ny ży­cia, kie­dy chciał Pan zrezygnować? 

Nie, zre­zy­gno­wać ni­gdy. Ale oczy­wi­ście by­ły ta­kie chwi­le, kie­dy by­łem bar­dzo zmę­czo­ny. Nie­rzad­ko wy­ko­ny­wa­li­śmy wy­sta­wy w no­cy, zwłasz­cza w sta­nie wo­jen­nym, gdy z po­wo­du go­dzi­ny po­li­cyj­nej nie by­ło moż­li­wo­ści póź­ne­go po­wro­tu do do­mu. Mie­li­śmy moż­li­wość pra­cy w piw­ni­cy do­mu pa­ra­fial­ne­go przy ko­le­gia­cie świę­tej An­ny. Nie by­ło ła­two, ale ni­gdy nie prze­szło mi przez myśl, że na­sze dzia­ła­nia nie ma­ją sen­su. Li­sty, ulot­ki, ma­te­ria­ły in­for­ma­cyj­ne w sta­nie wo­jen­nym mu­sia­ły być prze­pi­sy­wa­ne na ma­szy­nach do pi­sa­nia lub tech­ni­ką si­to­dru­ku, bo kse­ro­ko­piar­ki by­ły za­plom­bo­wa­ne, a druk był cen­zu­ro­wa­ny. Dzię­ki Pa­nu Bo­gu nie bra­ko­wa­ło lu­dzi do pomocy.

Mo­dli­twa by­ła fun­da­men­tem i osią Pań­skich dzia­łań, ale rów­nie du­żo cza­su po­świę­cał Pan na dzia­ła­nia edukacyjne.

To wy­ni­ka­ło z fak­tu, że ob­ra­ca­łem się w ta­kim, a nie in­nym śro­do­wi­sku. In­ży­nier Zię­ba za­czął dzia­łać z roz­ma­chem i w pe­wien na­tu­ral­ny spo­sób pra­co­wa­li­śmy ra­mię w ra­mię. Przy­go­to­wy­wa­li­śmy więc ulot­ki, wy­sta­wy, pre­lek­cje, wy­kła­dy, zdję­cia i fil­my. Po znie­sie­niu cen­zu­ry w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku po­ja­wi­ły się moż­li­wo­ści wy­da­wa­nia cza­so­pi­sma o te­ma­ty­ce pro-li­fe, dru­ko­wa­nia ksią­żek i bro­szur. Na prze­strze­ni tych po­nad czter­dzie­stu pię­ciu lat do­tar­li­śmy z pew­no­ścią do wie­lu mi­lio­nów lu­dzi w Pol­sce, a tak­że na świe­cie. Na­sze ma­te­ria­ły dru­ko­wa­ne by­ły nie tyl­ko w ję­zy­ku pol­skim, ale tak­że po an­giel­sku, nie­miec­ku, fran­cu­sku czy rosyjsku.

Na ko­niec chcia­ła­bym, sko­ro ty­le mó­wi­my o mo­dli­twie, za­py­tać o to, czy ma Pan ja­kąś ulu­bio­ną for­mę modlitwy?

Przede wszyst­kim co­dzien­nie uczest­ni­czę we Mszy Świę­tej. W cią­gu dnia mo­dlę się na ró­żań­cu, w nie­dzie­lę za­wsze od­ma­wiam je­go czte­ry czę­ści. W in­ne dni ty­go­dnia za­le­ży to od te­go, ile trze­ba „omo­dlić” in­ten­cji, za­zwy­czaj od­ma­wiam wię­cej niż część Ró­żań­ca Świę­te­go. Co­dzien­nie oko­ło go­dzi­ny 15.00 od­ma­wiam Ko­ron­kę do Bo­że­go Mi­ło­sier­dzia, a ra­no Ko­ron­kę do Naj­święt­sze­go Ser­ca Pa­na Je­zu­sa uło­żo­ną przez świę­te­go Oj­ca Pio. Czę­sto mo­dlę się tak­że li­ta­nia­mi: Lo­re­tań­ską, któ­rą znam na pa­mięć od lat mło­dzień­czych, do Du­cha Świę­te­go, do Naj­święt­sze­go Ser­ca Pa­na Je­zu­sa, do świę­te­go Jó­ze­fa. Nie mo­gę nie wspo­mnieć mo­dli­twy świę­te­go Ber­nar­da, któ­ra za­czy­na się od słów: „Po­mnij, o Naj­święt­sza Pan­no Ma­ry­jo…”. Czy­tam tak­że Pi­smo Święte…

Trze­ba mo­dlić się nie­ustan­nie – te­go uczył nas Pan Je­zus: „Pro­ście, a bę­dzie wam da­ne; szu­kaj­cie, a znaj­dzie­cie; ko­łacz­cie, a otwo­rzą wam.  Al­bo­wiem każ­dy, kto pro­si, otrzy­mu­je; kto szu­ka, znaj­du­je; a ko­ła­czą­ce­mu otwo­rzą” (Mt 7,7–8). Nie wol­no za­po­mi­nać o tym, że ma­my pro­sić Pa­na Bo­ga o wszyst­ko. Oczy­wi­ście na­le­ży tak­że dzię­ko­wać i uwiel­biać Pa­na Bo­ga: za cud ży­cia, za każ­dy od­dech, za wszel­kie ła­ski, któ­ry­mi ob­fi­cie je­ste­śmy ob­da­rza­ni. Jed­nak sam czę­sto zda­ję so­bie spra­wę, że głów­nie pro­szę, bo jest tak du­żo pro­ble­mów, któ­rych sa­mi nie roz­wią­że­my… Bar­dzo czę­sto też in­ni lu­dzie, gdy znaj­dą się w trud­nej sy­tu­acji, pro­szą nas o mo­dli­twę. I my te proś­by po­win­ni­śmy przed­sta­wiać Pa­nu Bo­gu. Stąd czas na mo­dli­twę bła­gal­ną wy­dłu­ża się, a prze­cież pro­si­my tak­że o wsta­wien­nic­two Mat­ki Naj­święt­szej i róż­nych świę­tych… Naj­waż­niej­sze jest to, by każ­dy się mo­dlił wy­trwa­le, a for­mę wy­brał ta­ką, któ­ra mu naj­bar­dziej od­po­wia­da. I że­by przy koń­cu swo­je­go ży­cia mógł usły­szeć, że je­go ży­cie nie zo­sta­ło zmarnowane.

Na za­koń­cze­nie pra­gnę za­cy­to­wać frag­ment mo­dli­twy be­aty­fi­ka­cyj­nej Czci­god­nej Słu­gi Bo­żej Ma­łej sio­stry Je­zu­sa Mag­da­le­ny, za­ło­ży­ciel­ki zgro­ma­dze­nia Ma­łych Sióstr Jezusa:

„Pa­nie, pro­szę Cię o wia­rę, któ­ra prze­no­si gó­ry i wy­ry­wa ska­ły (…). Z tą wia­rą po­wta­rzam Ci: Je­stem ni­czym, ale Ty je­steś wszyst­kim. Nie mam nic, ale Ty po­sia­dasz wszyst­ko. Nie mo­gę nic, ale Ty mo­żesz wszyst­ko. To, o co Cię dziś pro­szę przez wsta­wien­nic­two Ma­łej sio­stry Je­zu­sa Mag­da­le­ny… jest o wie­le ła­twiej­sze od prze­nie­sie­nia gó­ry, a to obie­ca­łeś w za­mian za wia­rę wiel­ko­ści ziarn­ka gor­czy­cy. Pa­nie, z nie­skoń­czo­ną uf­no­ścią mó­wię Ci «dzię­ku­ję». Amen”.

Udostępnij
Tweetnij
Wydrukuj