Tylko życie ma przyszłość!
dr inż. Antoni Zięba

Pieczątka na serduszku

Amelia
Amelia. Fot.: J. Banasik

Ile cier­pie­nia zmie­ści się w ży­cio­ry­sie jed­nej dziew­czyn­ki za­nie­dba­nej przez mat­kę al­ko­ho­licz­kę? Z ja­ki­mi trud­no­ścia­mi zma­ga się dziec­ko obar­czo­ne spek­trum pło­do­we­go ze­spo­łu al­ko­ho­lo­we­go? I czy hi­sto­ria ta­ka jak ta mo­że – mi­mo wszyst­ko – za­koń­czyć się hap­py endem?

Alek­san­dra i Mar­cin Ja­ro­sze­wi­czo­wie to mał­żeń­stwo z dzie­wię­cio­let­nim sta­żem. Ona – ab­sol­went­ka teo­lo­gii, on – pra­cow­nik Mu­zeum Ki­ne­ma­to­gra­fii w Ło­dzi. Ona – od za­wsze za­an­ga­żo­wa­na wo­lon­ta­riusz­ka Fun­da­cji im. Bra­ta Al­ber­ta, on – po­ru­sza­ją­cy się na wóz­ku , wie­lo­let­ni wo­lon­ta­riusz w do­mu dziec­ka. Po kil­ku rand­kach Alek­san­dra za­pro­si­ła Mar­ci­na na we­se­le. Od tam­tej po­ry two­rzą wy­jąt­ko­wą więź, wy­pró­bo­wa­ną w ogniu co­dzien­nych zmagań.

– Jesz­cze przed ślu­bem roz­ma­wia­li­śmy o tym, co zro­bi­my, je­śli w przy­szło­ści oka­że się, że nie mo­że­my mieć . Wte­dy nie są­dzi­li­śmy, że ży­cie po­wie „spraw­dzam”. Po ślu­bie oka­za­ło się, że za­rów­no ja, jak i Mar­cin je­ste­śmy nie­płod­ni. To by­ła dla nas bar­dzo trud­na in­for­ma­cja. Wie­le go­dzin prze­pła­ka­li­śmy, prze­szli­śmy też przez te­ra­pię mał­żeń­ską – mó­wi Alek­san­dra. – Gdy już po­go­dzi­li­śmy się z fak­tem, że nie zo­sta­nie­my bio­lo­gicz­ny­mi ro­dzi­ca­mi, po­sta­no­wi­li­śmy, że zo­sta­nie­my ro­dzi­ną za­stęp­czą. I krok po kro­ku re­ali­zo­wa­li­śmy ten nasz „plan B” – dodaje.

Ubran­ka w roz­mia­rze 74

Ame­lia do do­mu Oli i Mar­ci­na tra­fi­ła w wy­ni­ku in­ter­wen­cji w 2020 ro­ku, mia­ła wte­dy dwa la­ta i dwa mie­sią­ce. – Bio­lo­gicz­na ma­ma Amel­ci jest uza­leż­nio­na od al­ko­ho­lu. Pod­czas jed­nej z kon­tro­li pra­cow­ni­cy MOPS‑u we­zwa­li po­li­cję. Pod­czas al­ko­ma­tem oka­za­ło się, że by­ła pi­ja­na, mia­ła pra­wie trzy pro­mi­le. Do­dat­ko­wo by­ła wte­dy w cią­ży z ko­lej­nym dziec­kiem – mó­wi Aleksandra.

– Ame­lia mia­ła po­nad dwa la­ta i nie re­ago­wa­ła na swo­je imię. Nie po­tra­fi­ła jeść sa­mo­dziel­nie, bo głów­nym „po­sił­kiem”, ja­ki „przy­go­to­wy­wa­ła” jej bio­lo­gicz­na ma­ma, by­ła cze­ko­la­da. Cór­ka bra­ła ma­łą kost­kę do bu­zi i cze­ka­ła, aż się roz­pu­ści. Nie po­tra­fi­ła gryźć, nie zna­ła sma­ku pod­sta­wo­wych pro­duk­tów. To nie­wy­obra­żal­ne, ale jed­nak… By­ła kar­mio­na głów­nie cze­ko­la­dą, ka­szą man­ną i mle­kiem – wy­zna­je ko­bie­ta. – Kie­dy do nas tra­fi­ła, no­si­ła ubran­ka w roz­mia­rze 74. By­ła ma­lut­ka, nie­do­ży­wio­na, z wie­lo­płasz­czy­zno­wy­mi de­fi­cy­ta­mi – dodaje.

– Jej bio­lo­gicz­ni ro­dzi­ce bar­dzo czę­sto zo­sta­wia­li ją w do­mu i nie wra­ca­li przez osiem, dzie­sięć go­dzin. Co się mu­sia­ło dziać w gło­wie tak ma­łe­go dziec­ka? Jak bar­dzo mu­sia­ła się bać? Do te­go ten al­ko­hol i brak za­in­te­re­so­wa­nia wła­sną cór­ką… Mi­nę­ło wie­le, wie­le ty­go­dni, za­nim Amel­ka zro­zu­mia­ła, że u nas jest bezpieczna

– opo­wia­da .

U dziew­czyn­ki zdia­gno­zo­wa­no FAS, czy­li pło­do­wy ze­spół al­ko­ho­lo­wy. Oprócz te­go Ame­lia cier­pi na cu­krzy­cę, ma wa­dę ser­ca, po­stę­pu­ją­cą wa­dę wzro­ku, opóź­nie­nie psy­cho­mo­to­rycz­ne, ma­ło­gło­wie i mó­zgo­we po­ra­że­nie dzie­cię­ce. – Kie­dy do nas tra­fi­ła, by­ła jak ta­ki . My jej roz­sze­rza­li­śmy die­tę, u nas po­zna- wa­ła tak na­praw­dę nor­mal­ne je­dze­nie. Nie po­tra­fi­ła się ba­wić, nie ko­mu­ni­ko­wa­ła swo­ich po­trzeb, by­ła skraj­nie za­nie­dba­na – mó­wi Aleksandra.

Czte­ry dni, któ­re zmie­ni­ły wszystko

– Kie­dy de­cy­do­wa­li­śmy się na by­cie ro­dzi­ną za­stęp­czą, de­kla­ro­wa­li­śmy przy­ję­cie je­dy­nie zdro­we­go dziec­ka. Nie my­śle­li­śmy o dziec­ku z nie­peł­no­spraw­no­ścią ze wzglę­du na Mar­ci­na i fakt, że jeź­dzi na wóz­ku. Mie­li­śmy świa­do­mość, że np. dziec­kiem le­żą­cym nie da­my ra­dy się za­jąć. Stąd na­sze za­strze­że­nia – tłu­ma­czy Alek­san­dra. – Kie­dy za­dzwo­ni­li do nas z PCPR i opo­wie­dzie­li nam o dziew­czyn­ce ode­bra­nej in­ter­wen­cyj­nie, za­pew­nia­no nas, że jest zdro­wa, tyl­ko za­nie­dba­na. W czte­ry dni mu­sie­li­śmy przy­go­to­wać dom na przy­jazd Amel­ki: po­trzeb­ny był wó­zek, ubran­ka, bu­tel­ki, za­baw­ki, no wszyst­ko… Nie­ste­ty, każ­dy ko­lej­ny dzień, gdy Ame­lia by­ła już u nas, przy­no­sił no­we trud­no­ści i ko­lej­ne dia­gno­zy. Jed­nak po­ko­na­li­śmy ten ogrom prze­ciw­no­ści, cho­ciaż po dro­dze wy­la­li­śmy mo­rze łez – przy­zna­je ma­ma dziew­czyn­ki. – Naj­gor­szy był mo­ment, kie­dy przy­zna­no Amel­ci orze­cze­nie o nie­peł­no­spraw­no­ści waż­ne do szes­na­ste­go ro­ku ży­cia, czy­li na mak­sy­mal­ny okres, na ja­ki moż­na ta­kie orze­cze­nie przy­znać. To by­ło jak zde­rze­nie ze ścia­ną. Wte­dy z ca­łą mo­cą do­tar­ło do nas, że ona ni­gdy nie wyj­dzie na pro­stą – dodaje.

Ma­ła – wiel­ka fan­ka kolei

Jed­nak Alek­san­dra i Mar­cin nie pod­da­li się i każ­de­go dnia, krok po kro­ku, wal­czą o spraw­ność ich cór­ki. – Ame­lia ma cu­dow­ną cio­cię od te­ra­pii. Po­tra­fi już po­wie­dzieć „ma­ma”, „ta­ta”, „jeść”, „daj”, „dzię­ku­ję” i wie­le in­nych. Jej mo­wa wy­raź­nie przy­spie­szy­ła po pod­cię­ciu wę­dzi­deł­ka. Po­tra­fi się sa­ma po­ba­wić, uwiel­bia tań­czyć, roz­po­zna­je kil­ka­dzie­siąt zwie­rząt. Sza­le­je na punk­cie po­cią­gów. Od nie­daw­na cho­dzi do przed­szko­la, dzię­ki cze­mu ma też prze­róż­ne za­ję­cia, jak cho­ciaż­by wyj­ście na ba­sen czy do te­atru. Dzię­ki te­mu uczy się ży­cia w spo­łe­czeń­stwie – tłu­ma­czy Aleksandra.

Ja­ro­sze­wi­czo­wie otrzy­mu­ją wspar­cie z Fun­du­szu Dziec­ka Cho­re­go. – Pie­nią­dze z wa­sze­go sto­wa­rzy­sze­nia prze­zna­cza­my mię­dzy in­ny­mi na za­ję­cia hi­po­te­ra­pii. Ame­lia do­brze re­agu­je na spo­tka­nia z koń­mi. Mó­wi­łam już, że uwiel­bia zwie­rzę­ta? Ko­nie ma­ją na nią zba­wien­ny wpływ. Jest spo­koj­niej­sza, jej układ ner­wo­wy wy­raź­nie od­po­czy­wa pod­czas ta­kich za­jęć. Cie­szy­my się, że mo­że­my ją tam za­bie­rać. Gdy­by nie fun­dusz, nie mo­gli­by­śmy so­bie po­zwo­lić na ten ro­dzaj re­ha­bi­li­ta­cji – mó­wi ma­ma Amelii.

Oprócz hi­po­te­ra­pii Ola i Mar­cin dba­ją, by Amel­ka mia­ła re­gu­lar­ny kon­takt z lo­go­pe­dą, neu­ro­lo­go­pe­dą, ma tak­że wspar­cie asy­sten­ta oso­by z nie­peł­no­spraw­no­ścią, jest pod sta­łą opie­ką le­ka­rzy. Ola zre­zy­gno­wa­ła z do­brze płat­nej pra­cy, by móc cał­ko­wi­cie za­jąć się có­recz­ką. – Do­pie­ro od nie­daw­na je­ste­śmy za­wo­do­wą spe­cja­li­stycz­ną ro­dzi­ną za­stęp­czą, dzię­ki cze­mu otrzy­mu­ję pen­sję za to, że je­ste­śmy go­to­wi przy­jąć do sie­bie ko­lej­ne dziec­ko. Oprócz te­go ma­my świad­cze­nie wspie­ra­ją­ce i pie­lę­gna­cyj­ne, ze wzglę­du na to, że Ame­lia ma orze­cze­nie. Mi­mo wszyst­ko ży­je­my skrom­nie. Wy­naj­mu­je­my miesz­ka­nie, któ­re nie jest do­sto­so­wa­ne do wóz­ka in­wa­lidz­kie­go. Jeź­dzi­my kil­ku­na­sto­let­nim sa­mo­cho­dem. Pro­wa­dzi­my zwy­czaj­ne, skrom­ne ży­cie – opo­wia­da Aleksandra.

Od pierw­szej chwili

Bio­lo­gicz­ni ro­dzi­ce Ame­lii zo­sta­li po­zba­wie­ni praw ro­dzi­ciel­skich, przez co dziew­czyn­ka mo­gła tra­fić do ad­op­cji. Ja­ro­sze­wi­czo­wie przy­zna­ją, że bar­dzo szyb­ko ich w so­bie roz­ko­cha­ła. – Mar­cin lu­bi po­wta­rzać, że on od pierw­szej chwi­li wie­dział, że to jest je­go cór­ka. Owi­nę­ła go so­bie wo­kół pal­ca. Mnie to za­ję­ło nie­co dłu­żej, ale już po dwóch, trzech ty­go­dniach zo­rien­to­wa­łam się, że też prze­pa­dłam. Szan­se, że Ame­lia zo­sta­ła­by za­adop­to­wa­na, by­ły bar­dzo ma­łe, wła­śnie ze wzglę­du na jej nie­peł­no- spraw­ność. Ale dla nas, któ­rzy w swo­im oto­cze­niu od za­wsze mie­li­śmy lu­dzi z nie­peł­no­spraw­no­ścia­mi, to nie był ża­den pro­blem. Po pro­stu po­ko­cha­li­śmy Amel­kę i zde­cy­do­wa­li­śmy, że chce­my zo­stać jej ro­dzi­ca­mi, nie tyl­ko opie­ku­na­mi – mó­wi kobieta.

– Pro­szę mi wie­rzyć, że w mo­men­cie, kie­dy Amel­cia zo­sta­ła przez nas ad­op­to­wa­na, kie­dy do niej do­tar­ło, że to jej dom już na za­wsze, jesz­cze bar­dziej za­czę­ła się roz­wi­jać. Ma w so­bie nie­wy­po­wie­dzia­ną po­go­dę du­cha i ra­dość. I spo­kój, któ­re­go tak bar­dzo po­trze­bo­wa­ła – opo­wia­da Alek­san­dra. – Ona wie, że ma dwie ma­my i dwóch oj­ców. Tłu­ma­czy­my jej, że jed­na ma­ma ją no­si­ła w brzusz­ku, a my no­si­li­śmy ją w ser­cu. Pa­mię­tam ten mo­ment, kie­dy opo­wie­dzie­li­śmy jej, że ma już na­sze na­zwi­sko. Mó­wi­li­śmy, że to ta­ka pie­cząt­ka na ser­dusz­ku, że my ma­my ta­ką sa­mą. Amel­ka lu­bi po­wta­rzać, że ma tę pie­cząt­kę. I już chy­ba ro­zu­mie, że żad­ne z nas ni­gdy jej nie zostawi.

Udostępnij
Tweetnij
Wydrukuj