Tylko życie ma przyszłość!
dr inż. Antoni Zięba

Dziecko, które przeżyło aborcję – historia Rowana

Korytarz szpitalny
Korytarz szpitalny. Fot.: pixabay.com

W świe­cie, któ­ry czę­sto uspra­wie­dli­wia abor­cję ja­ko „pra­wo wy­bo­ru”, zda­rza­ją się wy­da­rze­nia, któ­re po­ka­zu­ją ca­łą praw­dę – praw­dę o ży­ciu i śmier­ci. To hi­sto­ria Ro­wa­na, ma­leń­kie­go chłop­ca, któ­ry w 2005 ro­ku na Flo­ry­dzie uro­dził się ży­wy pod­czas abor­cji w 22. ty­go­dniu ciąży.

To nie jest opo­wieść z po­wie­ści ani fil­mo­wy dra­mat. To wy­da­rzy­ło się na­praw­dę, w kwiet­niu 2005 ro­ku na Flo­ry­dzie. W kli­ni­ce abor­cyj­nej, w miej­scu, któ­re mia­ło ode­brać ży­cie, na­ro­dzi­ło się dziec­ko. Ży­we. Bez­bron­ne. Po­zo­sta­wio­ne na śmierć.

Mat­ka chłop­ca, An­ge­le, by­ła ko­bie­tą po przej­ściach. Roz­wie­dzio­na, sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­ca dwo­je , w cią­ży po raz trze­ci – czu­ła, że to po­nad jej si­ły. Za­miast po­mo­cy i wspar­cia zna­la­zła kli­ni­kę, któ­ra obie­ca­ła „roz­wią­za­nie problemu”.

An­ge­le wy­bra­ła abor­cję in­du­ko­wa­ną. Wie­rzy­ła, że to „ła­god­niej­szy” spo­sób, że dziec­ko umrze za­nim się uro­dzi. Tak obie­ca­no. Tak tłu­ma­czo­no. Ale obiet­ni­ce oka­za­ły się kłamstwem.

Za­miast tro­ski – brud­ny po­kój, cuch­ną­cy koc, sa­mot­ność i ból. Za­miast le­ka­rza – obo­jęt­ność per­so­ne­lu. I na­gle – chwi­la, któ­rej ni­gdy nie za­po­mni: Ro­wan przy­szedł na świat. Nie mar­twy. Ży­wy. Po­ru­szył nóż­ką, za­drżał, jak­by by­ło mu zim­no. Ma­leń­kie biło.

Mat­ka krzy­cza­ła o . Pro­si­ła, by we­zwa­no ka­ret­kę. Bła­ga­ła, że­by ktoś ura­to­wał jej sy­na. Od­po­wie­dzią by­ła ci­sza i chłód. Dla pra­cow­ni­ków kli­ni­ki Ro­wan nie był dziec­kiem – był „za­bie­giem, któ­ry się nie udał”.

W ak­cie de­spe­ra­cji An­ge­le za­dzwo­ni­ła do przy­ja­ciół­ki, któ­ra po­pro­si­ła o in­ter­wen­cję służ­by ra­tun­ko­we. W roz­mo­wie z nu­me­rem 911 pa­dły sło­wa, któ­re po­win­ny wstrzą­snąć świa­tem: „Dziec­ko się uro­dzi­ło i wciąż ży­je. A oni chcą, że­by umarło”.

Ale po­moc nie na­de­szła na czas. Ro­wan le­żał w ra­mio­nach swo­jej ma­my, ogrze­wa­ny jej dłoń­mi, otu­la­ny łza­mi i sło­wa­mi mi­ło­ści. Szep­ta­ła mu, że jest jej syn­kiem, że jest dziel­ny, że Bóg mu­si na­praw­dę chcieć, aby jesz­cze by­li ra­zem. I że bar­dzo ża­łu­je. Ma­leń­ki chło­piec gasł, słu­cha­jąc gło­su swo­jej matki.

Zdję­cie Ro­wa­na, któ­re An­ge­le zro­bi­ła te­le­fo­nem komórkowym:

Rowan
Ro­wan. Fot.: lifenews.com

Ro­wan umarł. Nie dla­te­go, że je­go ży­cie do­bie­gło na­tu­ral­ne­go koń­ca. Umarł, bo nikt nie chciał mu po­móc. Umarł, bo ktoś wcze­śniej zde­cy­do­wał, że nie ma pra­wa żyć.

Ta hi­sto­ria nie jest tyl­ko wspo­mnie­niem dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń w jed­nej kli­ni­ce. To praw­dy o abor­cji. Nie ist­nie­je „bez­piecz­na” ani „bez­bo­le­sna” for­ma za­bi­cia dziec­ka. Każ­da to tra­ge­dia. Każ­da ozna­cza cier­pie­nie i śmierć.

Ro­wan stał się świad­kiem. Ma­leń­ki chło­piec, któ­ry prze­żył abor­cję, choć na tak krót­ko, by świat mógł usły­szeć je­go imię. To imię wo­ła dziś o pa­mięć, o praw­dę i o mi­łość do każ­de­go nie­na­ro­dzo­ne­go ży­cia. Ro­wan – dziec­ko, któ­re chcia­ło żyć.

 

jb
Źró­dło: lifenews.com

Fot.: lifenews.com

Udostępnij
Tweetnij
Wydrukuj