Tylko życie ma przyszłość!
dr inż. Antoni Zięba

58 lat ustawy aborcyjnej w Anglii: 11 milionów uśmierconych dzieci i konsekwencje dla rodzin

Po badaniu USG
Po badaniu USG. Fot.: [gpointstudio] ©123RF.COM

Co dwie mi­nu­ty w Wiel­kiej Bry­ta­nii gi­nie nie­na­ro­dzo­ne dziec­ko. Licz­by są dru­zgo­cą­ce – ale za sta­ty­sty­ka­mi kry­ją się twa­rze, imio­na i trwa­ją­ce przez ca­łe ży­cie bli­zny. Pol­ska wo­lon­ta­riusz­ka, któ­ra przez la­ta sta­ła pod kli­ni­ka­mi abor­cyj­ny­mi w An­glii, opo­wia­da o tym, cze­go żad­ne mi­ni­ster­stwo nie wli­czy do sprawozdania.

27 kwiet­nia to da­ta, któ­rą więk­szość Bry­tyj­czy­ków mi­ja bez re­flek­sji. A jed­nak te­raz w 2026 ro­ku mi­nę­ła wła­śnie 58. rocz­ni­ca wej­ścia w ży­cie Abor­tion Act – usta­wy, któ­ra zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­ła pra­wo abor­cyj­ne w Wiel­kiej Bry­ta­nii i sta­ła się mo­de­lem dla dzie­sią­tek in­nych kra­jów. Bi­lans, któ­ry po so­bie zo­sta­wi­ła, jest porażający.

11 105 671 nie­na­ro­dzo­nych dzie­ci uśmier­co­nych w Wiel­kiej Bry­ta­nii od 1968 roku

We­dług da­nych or­ga­ni­za­cji Ri­ght To Li­fe UK, od mo­men­tu wej­ścia w ży­cie usta­wy w 1968 ro­ku licz­ba abor­cji prze­pro­wa­dzo­nych w Wiel­kiej Bry­ta­nii prze­kro­czy­ła je­de­na­ście mi­lio­nów. Tyl­ko w 2023 ro­ku w sa­mej An­glii i Wa­lii wy­ko­na­no ich 278 740 – o po­nad 26 ty­się­cy wię­cej niż rok wcze­śniej. W ca­łej Wiel­kiej Bry­ta­nii w tym sa­mym ro­ku zgi­nę­ło bli­sko 300 ty­się­cy nie­na­ro­dzo­nych dzie­ci. To re­kord wszechczasów.

„Każ­de z tych żyć by­ło czy­imś sy­nem lub cór­ką i każ­de z tych żyć mia­ło zna­cze­nie” – na­pi­sa­ła Ca­the­ri­ne Ro­bin­son, rzecz­nicz­ka Ri­ght To Li­fe UK. Jej or­ga­ni­za­cja zwra­ca uwa­gę, że ska­la strat jest nie­mal nie­wy­obra­żal­na: do 11 mi­lio­nów ofiar bez­po­śred­nich na­le­ży do­li­czyć mi­lio­ny ich ni­gdy nie­na­ro­dzo­nych potomków.

Re­wo­lu­cja w kie­sze­ni i jej ciem­na strona

Jed­nym z klu­czo­wych czyn­ni­ków od­po­wie­dzial­nych za sko­ko­wy wzrost licz­by abor­cji jest wpro­wa­dze­nie w mar­cu 2020 ro­ku tak zwa­nych do­mo­wych abor­cji „zrób to sam”. Ko­bie­ty otrzy­mu­ją ta­blet­ki po­ron­ne pocz­tą lub od­bie­ra­ją je w ap­te­ce i przyj­mu­ją w do­mu, bez obec­no­ści le­ka­rza, bez ob­ser­wa­cji me­dycz­nej, czę­sto w peł­nym osamotnieniu.

Sta­ty­sty­ki wy­glą­da­ją no­wo­cze­śnie i hi­gie­nicz­nie. Rze­czy­wi­stość, jak opi­su­ją ko­bie­ty, któ­re przez to prze­szły – jest zgo­ła inna.

„Za­dzwo­ni­ła do mnie i po­wie­dzia­ła: ro­dzę. Ca­ła w bó­lach, w cier­pie­niu, w pła­czu. Po­wie­dzia­ła mi: Mo­ni­ka, to mia­ło rącz­ki, nóż­ki i oczka. Ja to dziec­ko spłu­ka­łam w to­a­le­cie” – przy­to­czy­ła roz­mo­wę Mo­ni­ka, pol­ska wo­lon­ta­riusz­ka pro-li­fe w Southampton.

To nie jest cy­tat wy­ję­ty z an­to­lo­gii re­to­ry­ki pro-li­fe. To do­słow­na re­la­cja Mo­ni­ki – Po­lki, któ­ra przez wie­le lat miesz­ka­ła w An­glii i ja­ko wo­lon­ta­riusz­ka bra­ła udział w ak­cjach mo­dli­tew­nych przed kli­ni­ka­mi abor­cyj­ny­mi w So­uthamp­ton. Roz­ma­wia­ła z dzie­siąt­ka­mi ko­biet przed abor­cją, w trak­cie jej skut­ków i dłu­go po.

„Mo­ni­ka, ra­tuj!” Trzy opo­wie­ści z an­giel­skich ulic

Mo­ni­ka nie jest ani le­kar­ką, ani praw­nicz­ką czy psy­cho­lo­giem. Jest ko­bie­tą, któ­ra po­sta­no­wi­ła nie od­wra­cać wzro­ku. W ra­mach ini­cja­ty­wy 40 Days for Li­fe, pro­wa­dzo­nej przez Ada­ma Smi­tha w So­uthamp­ton, sta­ła przez go­dzi­ny pod szpi­ta­lem, mo­dli­ła się w ci­szy i – gdy ktoś pod­cho­dził i py­tał – roz­ma­wia­ła. Ze­bra­ła w ten spo­sób wie­le opo­wie­ści, ale są trzy, któ­re z trud­no­ścią opusz­cza­ją jej myśl.

Hi­sto­ria I

Pierw­sza ko­bie­ta już wcze­śniej prze­szła przez abor­cję. Kie­dy Mo­ni­ka po­zna­ła ją la­ta póź­niej, zma­ga­ła się z uza­leż­nie­nia­mi od nar­ko­ty­ków i al­ko­ho­lu. Gdy po­now­nie za­szła w cią­żę, po­rzu­co­na przez part­ne­ra, chcia­ła po­wtó­rzyć tam­tą decyzję.

Mo­ni­ka i jej mąż za­pro­po­no­wa­li coś za­ska­ku­ją­ce­go: weź­mie­my to dziec­ko, ty je uro­dzisz i nam od­dasz. Przez pięć mie­się­cy na­ma­wia­ła ją, ne­go­cjo­wa­ła, skła­da­ła pro­po­zy­cje for­mal­ne i nie­for­mal­ne. Gdy mi­nę­ło dwa­dzie­ścia czte­ry ty­go­dnie – an­giel­ski li­mit praw­ny dla abor­cji na żą­da­nie – ko­bie­ta po­wie­dzia­ła „do­brze”. A gdy uro­dzi­ła sy­na, po­wie­dzia­ła: „nie od­dam go. Po­ko­cha­łam go”. Dziś jest szczę­śli­wą mat­ką. Chło­piec ży­je i – jak mó­wi Mo­ni­ka – „jest piękny”.

Hi­sto­ria II

Dru­ga ko­bie­ta chcia­ła to dziec­ko. Ra­zem z part­ne­rem pla­no­wa­li ro­dzi­nę. Gdy part­ner od­szedł, za­dzwo­ni­ła do kli­ni­ki po ta­blet­ki po­ron­ne. Jej sio­stra na­tych­miast skon­tak­to­wa­ła się z Moniką.

Ale by­ło już za póź­no – pierw­sza ta­blet­ka zo­sta­ła wzię­ta. Mo­ni­ka wie­dzia­ła, że przy dwu­eta­po­wym pro­ce­sie far­ma­ko­lo­gicz­nym ist­nie­je jesz­cze okno cza­so­we. Pró­bo­wa­ła. Nie zdą­ży­ła. Kil­ka­dzie­siąt mi­nut póź­niej ko­bie­ta za­dzwo­ni­ła z po­wro­tem w pła­czu i bó­lu. Ro­dzi­ła sa­mot­nie, w ła­zien­ce. „By­ło peł­no krwi i to dziec­ko wpa­dło do to­a­le­ty” – re­la­cjo­nu­je Mo­ni­ka. Jej psy­chi­ka ru­nę­ła. Nar­ko­ty­ki, al­ko­hol. Mo­ni­ka nie ma już z nią kontaktu.

Hi­sto­ria III

Trze­cia ko­bie­ta pod­ję­ła de­cy­zję ze wzglę­du na pre­sję ro­dzin­ną – „był­by wstyd”. Le­żąc już na sto­le ope­ra­cyj­nym, po­czu­ła, że ro­bi coś głę­bo­ko złe­go. Kil­ka ty­go­dni po abor­cji po­szła do spo­wie­dzi. Jak mó­wi, to ją „ura­to­wa­ło du­cho­wo” – nie wpa­dła w na­łóg. Ale pust­ka nie znik­nę­ła. Mi­nę­ło dwa­dzie­ścia lat. Pust­ka pozostała.

Sys­tem, któ­ry zo­sta­wia ko­bie­ty same

To, co ude­rza w re­la­cji Mo­ni­ki, to nie tyl­ko dra­ma­tyzm kon­kret­nych hi­sto­rii. To sys­te­mo­wa sa­mot­ność ko­biet w pro­ce­sie, któ­ry bry­tyj­skie pra­wo opi­su­je ja­ko „pro­ce­du­rę me­dycz­ną”. Do Mo­ni­ki dzwo­ni­ły – nie do le­ka­rza, nie do psy­cho­lo­ga. Do wo­lon­ta­riusz­ki, któ­ra mia­ła czas i chcia­ła słuchać.

W An­glii dziew­czyn­ka w wie­ku je­de­na­stu lat mo­że za­mó­wić ta­blet­ki po­ron­ne przez le­ka­rza pierw­sze­go kon­tak­tu – bez wie­dzy i zgo­dy ro­dzi­ców. Ta­blet­ki przy­cho­dzą w pa­pie­ro­wej to­reb­ce. Nikt nie mu­si wie­dzieć. Nikt nie mu­si towarzyszyć.

„Ni­ko­go nie in­te­re­su­je to, co się dzie­je z ty­mi dziew­czy­na­mi po za­ży­ciu tych tabletek”

– mó­wi Mo­ni­ka. Hel­pli­ne ist­nie­je na papierze.

Adam Smith i mo­dli­twa, za któ­rą tra­fił przed sąd

Ini­cja­ty­wa, w któ­rej dzia­ła­ła Mo­ni­ka – 40 Days for Li­fe – to mię­dzy­na­ro­do­wy ruch, któ­re­go lo­kal­na od­sło­na w So­uthamp­ton by­ła pro­wa­dzo­na przez Ada­ma Smi­tha. Dwa­dzie­ścia lat przed tym, jak sta­nął pod kli­ni­ką, sam za­pła­cił za abor­cję. Ży­je z tym. I dla­te­go walczy.

Dwa la­ta te­mu Smith sta­nął przed są­dem za ci­chą mo­dli­twę w stre­fie bu­fo­ro­wej przed kli­ni­ką abor­cyj­ną. W An­glii obo­wią­zu­je za­kaz ja­kich­kol­wiek dzia­łań ma­ją­cych wpływ na ko­bie­ty w pro­mie­niu 150 me­trów od kli­ni­ki. Za­kaz mo­że obej­mo­wać rów­nież mil­czą­cą mo­dli­twę, je­śli zo­sta­nie uzna­na za dzia­ła­nie ma­ją­ce na ce­lu wpły­nię­cie na de­cy­zję oso­by ko­rzy­sta­ją­cej z kli­ni­ki, mo­że zo­stać po­trak­to­wa­na ja­ko na­ru­sze­nie prawa.

„Adam ni­gdy w ży­ciu by na ni­ko­go nie krzyk­nął” – mó­wi Mo­ni­ka. „Wszyst­ko, co mu za­rzu­ca­no, to po pro­stu kłamstwo”.

W So­uthamp­ton wo­lon­ta­riu­sze sta­li przez go­dzi­ny, mo­dli­li się w ci­szy, zmie­nia­li się co go­dzi­nę. Nie za­cze­pia­ją. Nie krzy­czą. Ma­ją przy so­bie ta­bli­cę z nu­me­rem te­le­fo­nu. I cze­ka­ją, czy ktoś podejdzie.

Mo­ni­ka opi­su­je coś nie­ocze­ki­wa­ne­go: wie­lu lu­dzi, któ­rzy wje­cha­li na par­king kli­ni­ki, za­wra­ca­ło. Sa­mi. Bez sło­wa. Po­tem – nie­raz znacz­nie póź­niej – dzię­ko­wa­li im, że tam sta­li i się modlili.

Czy Pol­ska zmie­rza w tę sa­mą stronę?

Mo­ni­ka nie ukry­wa, że śle­dzi zmia­ny w Pol­sce z nie­po­ko­jem. Wi­dzi tu pe­wien sche­mat: naj­pierw roz­luź­nie­nie pra­wa, po­tem nor­ma­li­za­cja, po­tem – wzrost liczb. W An­glii sko­ko­wy wzrost po 2020 ro­ku zbiegł się z wpro­wa­dze­niem abor­cji far­ma­ko­lo­gicz­nej do do­mu. W Pol­sce trwa de­ba­ta o roz­sze­rze­niu do­stę­pu. Wzor­ce są podobne.

„Je­że­li my do­pro­wa­dzi­my do te­go sa­me­go, co jest w An­glii, to za nie­dłu­go też sta­nie­my się za­kład­ni­ka­mi sys­te­mu, któ­ry nie li­czy się ani ze zdro­wiem psy­chicz­nym, ani fi­zycz­nym kobiet”

– mó­wi.

Ri­ght To Li­fe UK ape­lu­je do wszyst­kich, któ­rzy chcą zmia­ny: pi­sać do po­słów, an­ga­żo­wać się w wo­lon­ta­riat w ośrod­kach wspar­cia dla ko­biet w cią­ży, dzia­łać proaktywnie.

„Każ­dy z nas mo­że przy­czy­nić się do bu­do­wy spo­łe­czeń­stwa, któ­re chro­ni ży­cie od po­czę­cia do na­tu­ral­nej śmierci”

– na­pi­sa­ła Ca­the­ri­ne Robinson.

Co moż­na zrobić?

Mo­ni­ka, za­py­ta­na o ra­dy dla ko­biet, któ­re zma­ga­ją się z trau­mą po abor­cji, mó­wi bez owi­ja­nia w ba­weł­nę. Trze­ba przejść ża­ło­bę. Po­roz­ma­wiać z kimś – te­ra­peu­tą, spo­wied­ni­kiem, przy­ja­cie­lem. Nie zo­sta­wać z tym sa­mej. I wie­dzieć, że każ­de ży­cie – tak­że to, któ­re skoń­czy­ło się bó­lem – jest zapamiętane.

„To dziec­ko nie jest po­tę­pio­ne. Ono jest w nie­bie i jest Two­im orę­dow­ni­kiem. Kie­dyś się zno­wu zo­ba­czy­cie” – mó­wi. – „To nie zna­czy, że ból znik­nie ju­tro. Ale zna­czy, że nie mu­sisz się wsty­dzić, że­by po po­moc sięgnąć”.

Licz­ba 11 105 671 to nie jest abs­trak­cja. To su­ma je­de­na­stu mi­lio­nów po­je­dyn­czych ist­nień ludz­kich, po któ­rych ktoś – mat­ka, oj­ciec, sio­stra – żył da­lej ze swo­ją ci­szą. Część z nich przez la­ta szu­ka­ła ko­goś, kto ze­chce słu­chać i po­móc. Mo­ni­ka słu­cha­ła. I mó­wi: słu­cha­nie zmie­nia wszystko.

 

jb

Udostępnij
Tweetnij
Wydrukuj